Wrzawa kilkuset osób otaczała go nieprzerwanie od kilkudziesięciu minut. Roześmiani i nierzadko zdenerwowani rodzice z pasją oglądali i komentowali zmagania swoich pociech. Dwudziestu dwóch chłopaków dawało z siebie wszystko na boisku, by ich rodziny mogły być dumne. Młodzi piłkarze z podniesionym głowami kroczyli już do szatni, by znów piłkarski świat mógł zachwycić się wychowankami La Masia.

W grupie nastolatków szczególnie wyróżniał się jeden z nich. Blada cera kontrastowała z odziedziczonymi po ojcu kruczoczarnymi włosami. Spokojne, opanowane a także patrzące na innych z chłodną wyższością oczy ni jak nie pasowały do zawadiackiego uśmiechu – szczerego i przyjaznego innym. Prawie nikt nie wiedział, jak to możliwe, by chłopak posiadał tak sprzeczne ze sobą cechy.

On sam zdawał sobie jednak sprawę, dlaczego tak jest. Był idealnym połączeniem Ryden McCoulough oraz Francesca Fabregasa – był lustrem, w którym w całkowitej harmonii przeglądała się jego matka wespół z ojcem. Dostrzegał w sobie jej oczy, cerę, jej dumę, poczucie wyższości i klasę. Był także wdzięczny ojcu za to, że upór, radość z życia o ujmujący sposób bycia przejawiające się w tak uwielbianym przez wszystkich uśmiechu, które odziedziczył po nim, równoważyły efekt DNA Ryden.

Zaczął rozglądać się po trybunach, a gdy ktoś klepnął go w ramię, wiedział, że to osoba, której szukał.

-Widziałeś tego gola? Jestem już lepszy od Ciebie!

Uśmiech na twarzy Francesca mówił wszystko, co chciał przekazać synowi. Był dla niego najważniejszy.

-Jesteś. Zdecydowanie.

Nie potrzebował nic więcej dodawać, ponieważ Rafael doskonale wiedział, że ojciec jest dumny i kocha go. Kochał go zawsze i będzie kochać. Za dwoje.

***

Po raz kolejny kupił bukiet orchidei. Nie wiedział, dlaczego wciąż to robił. Następny bukiety, który wyląduje w koszu, gdy kwiaty już opadną. Nie będzie radości. Nikt nie podziękuje z uśmiechem na twarzy za prezent, nikt nie postawi ich w wazonie, nie będzie dumał wpatrując się w czarujące swym wdziękiem języki storczyków.

Nie będzie nic.

Od jedenastu lat nikt nie cieszył się już z podarowanych bez okazji orchidei. Mimo to, wciąż je kupował. Jedenaście lat, pięćdziesiąt dwie niedziele w roku, pięćset siedemdziesiąt dwa bukiety kwiatów.

Westchnął cicho, zapiął guziki czarnej marynarki, poprawił zegarek zatrzymując wzrok na delikatnej obrączce z białego złota. Uwielbiał ją – przypominała mu sześć cudownych słodko-gorzkich lat małżeństwa, sześć lat kłótni i godzenia się, sześć lat kupowania nowych szpilek od Blahnika czy Louboutin w ramach rekompensaty za złamany, przez jego rzuconą byle gdzie torbę, obcas. Sześć lat wspólnej radości z każdego kroku ich dziecka.

Mętnym wzrokiem spojrzał na ramkę ze zdjęciem, stojącą przy łóżku. Zdjęcie zrobiono siedemnaście lat temu – 23 lutego 2013 roku. Nie musiał zaglądać w kalendarz, by wiedzieć, że dziś też był 23 luty, tyle, że 2030 roku.

***

-Tato, wychodzę już!

-Ale gdzie?

-Jak to? Na moją imprezę urodzinową! Chyba nie zapomniałeś? Jest dwudziesty trzeci luty…

-Oczywiście, że pamiętam. Składałem Ci przecież życzenia, a prezent czeka.

-Więc, w czym problem?

-Mieliśmy umowę, Rafael…

-Nie pójdę tam! – nie mógł tego już dłużej w sobie tłumić. Nie chciał i nie potrafił po raz kolejny patrzeć na pusty wzrok swojej matki. Nie chciał znów czuć rozczarowania ściskającego serce, gdy kobieta nie reagowała na żadne jego słowo, bujając się w przód i tył w wygodnym fotelu. Nie mógł już dłużej znosić myśli, że nigdy nie będzie mu dane poznać tak całkowicie prawdziwej Ryden Fabregas-McCoulough. A tak bardzo tego pragnął. Szczególnie w momentach, gdy ojciec patrzył na niego. Wiedział, że Francesc widzi w nim swoją ukochaną żonę, wszystkie jej cechy, które Rafael odziedziczył. Ojciec patrzył na niego z całą miłością, jaką w sobie miał a zarazem z ogromem smutku i żalu, wiedząc, że syn nigdy nie zrozumie, dlaczego tak kochał jego matkę.

-Ona nawet mnie nie poznaje! Ciebie zresztą też, a ty wciąż kupujesz jej te przeklęte orchidee! Nie chcę tam iść i nie pójdę, bo nie zniosę dłużej widoku kobiety, która mnie nie zna i nie wie, że jest moją matką… Wolę myśleć, że Ryden Fabregas nie żyje, tato!

***

Musiałam. Po prostu. Nie potrafię się jednak pożegnać z historią Francesca i Ryden. Nie każdemu może się spodobać, to że próbuję coś wskrzesić z zakończonej już teoretycznie historii. Zresztą i tak pisałam to bardziej dla siebie, a tu dodoałam dlatego, że może jest chocby jedna osoba, która też nie nie powiedziała jeszcze do wiedzenia temu opowiadaniu. Raz na jakiś czas, pojawi się tu coś w formie flashbacku bądź też wybieg w przyszłość. Nie mówię do widzenia, bo jak się okazało, nie potrafię tego zrobić!
mrs.mente
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:



Szablon wykonała Scarlet! Tylko i wyłącznie dla imagine-my-perfect-world! Chcesz podobny?
Zamów na Goodies.

O Historii


Główna
Księga Gości
Bohaterowie

Dodaj
Autorka
Twitter
'Zapiski Leili'
Podlinkuj


Linki


enchanted average-girl take-my-hand mydlana-banka simple-hope wait-for-me i-still-wait addicted--to-you thecorations goodies bumilka Prince bad-romance tamed Hush! Sing with me, sing for the year... i-love-the-way-u-lie Once I had a dream... start a revolution, stop hating yourself Każde stworzenie czuje swą siłę... facet

Archiwum


2008
wrzesień (5)
październik (7)
listopad (3)

2009
styczeń (6)
luty (1)
marzec (3)
kwiecień (6)
maj (4)
czerwiec (5)
lipiec (2)
sierpien (1)
grudzień (1)

2010
lipiec (3)
sierpien (5)
wrzesień (3)
październik (3)
listopad (1)
grudzień (3)

2011
styczeń (3)
luty (2)
kwiecień (2)
lipiec (1)



'Mrs.Mente y Mr. Corazón'


Prolog
I
II
III
IV
V
VI
VII
VIII
IX
X
XI
XII
XIII
XIV
XV
XVI
XVII
XVIII
XIX
XX
XXI
XXII
XXIII
XXIV